Okres lat 1914 - 1945


Wybuch wojny w 1914 roku nie był dla dolnośląskich chłopów czymś zaskakującym. Już od stycznia w gazetach pojawiały się artykuły mobilizujące ludność do przygotowań wojennych. Potem mężczyźni z Laskowic, Jelcza, Dębiny, Piekar i innych okolicznych wsi udawali się do Oleśnicy, gdzie stacjonował 15 regiment piechoty Landwehry, do Głogowa i Legnicy, gdzie rozmieszczono 19 regiment piechoty Landwehry, bądź do Nysy, gdzie były koszary 12 regimentu rezerwowego artylerii polowej. Stamtąd - posłuszni zasadzie Obrigkeit - ruszali na front. Ani jeden mężczyzna poniżej 45 roku życia nie został na wsi - podkreślał Wackwitz, dodając, "najstarszym uczestnikiem wojny z Laskowic był kapitan Landwehry, prof. dr Gustaw Bauch, który wyruszył z Wrocławia, aby na polu bitwy wypełnić (!) swoje 70 urodziny". Ale tym razem Opatrzność nie była łaskawa. Już w październiku dotarły do wsi pierwsze wiadomości o mężczyznach: z samego tylko Jelcza w pierwszych miesiącach wojny oddało swe życie "Mit Gott fur Kaiser und Reich" czternastu szeregowców i jeden podoficer. A ranni, kalecy i te długie listy zaginionych?

Do wsi zawitała nędza i głód. Państwo oczywiście podjęło z nią walkę: wprowadzono "erzace", obowiązkowe dostawy płodów rolnych do punktów skupu, reglamentację żywności i opału oraz surowe kary za naruszenie tych zarządzeń. Przede wszystkim jednak całą winę za głód i nędzę zrzucono na państwa ententy i w ogóle wszystkich obcych.

Całe "polityczne kierownictwo narodu" (politische Leitung der Nation): cesarz Wilhelm II, otaczająca go elita i junkrzy - okazało się niezdolne poprowadzić naród niemiecki do zwycięstwa. Klęski na polach bitew wykazały konieczność zmiany ekipy rządzącej. Przede wszystkim jednak wykazały konieczność politycznego "dokształcenia" burżuazji tak, aby przestała myśleć w kategoriach "interesu profitu", a zaczęła myśleć w kategoriach "politycznych interesów mocarstwowych narodu" (politische Macht-Interesssen der Nation), aby mogła wyłonić z siebie nową elitę narodu. (M. Weber)

W czasie wojny 1914-1918 wyciszono antypolską propagandę. Po pierwsze dlatego, że utrudniała wyciśnięcie z Polaków stanowiących znaczną część pruskiej armii maksymalnej dawki krwi i bohaterstwa. Po drugie, ponieważ chciano pozyskać Polaków z Kongresówki dla różnych projektów jakiejś tam polskiej państwowości, zorganizowanej, kontrolowanej i chronionej przez niemieckiego cesarza.

Do spisu treści

SYTUACJA PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ

Kiedy jednak powstało rzeczywiście niepodległe państwo polskie, w oczach niemieckich sił politycznych, które dokonały cudu przestawienia niemieckiego cesarstwa na tory niemieckiej republiki, "polskie niebezpieczeństwo" stało się znowu aktualne. Ba, groźniejsze nawet, zważywszy, że klęska militarna i rewolucyjna fala naruszyły monolit niemieckiego społeczeństwa. W związku z tym gen. Hans von Seekt,twórca Reichswehry, w memoriale z 11 września 1922 roku pisał do kanclerza Wirtha. "Byt Polski jest nie do zniesienia, nie do pogodzenia z warunkami życia Niemców. Musi ona zniknąć i zniknie wskutek własnych słabości i dzięki Rosji - z naszą pomocą". Wzmogły aktywność różnego rodzaju organizacje nacjonalistów niemieckich na Śląsku, zwłaszcza Ostmarkenverein, zwalczające nie tylko wszelką myśl o połączeniu Śląska z państwem polskim, ale nawet przejawy polskości Ślązaków. W nacjonalistycznej propagandzie prześcigały się nacjonalistyczne organizacje z lewicowymi, tworzącymi wrocławską Radę Ludową. Nacjonalizm stępiał różnice doktrynalne: do Grenzschutzu, stawiającego najeżoną bagnetami granicę pomiędzy państwem polskim i śląskimi Polakami, ciągnęli zarówno reakcyjni oficerowie pruscy, jak i lewicująca niemiecka młodzież akademicka.

Do spisu treści

POLSKOŚĆ NA DOLNYM ŚLĄSKU PO I WOJNIE

Na Dolnym Śląsku polskości nawet podnieść się nie dano. Terror rozpoczął się zaraz potem, jak rozeszła się wieść o powstaniu niepodległego państwa polskiego. W dolnośląskich wsiach w zarodku duszone były wszystkie przejawy polskości. Jedną z pierwszych ofiar był ksiądz Wincenty Ruda ze wsi Morcinek w powiecie sycowskim. Został zastrzelony w końcu listopada 1918 roku za "zdradę narodu niemieckiego", za przyznanie się do narodu polskiego. Wrocławskiej Polonii, której działania próbowała koordynować powołana we Wrocławiu, pod przewodnictwem Maksymiliana Matuszka. Polska Rada Ludowa, nie dopuszczono wyjść na ulicę, nie mówiąc o pod wrocławskiej wsi. W rezultacie ograniczyła ona swoją działalność do organizowania pomocy dla ruchu niepodległościowego na Górnym Śląsku.

Dnia 10 stycznia 1920 roku wszedł w życie traktat wersalski. Ale wielka polityka europejska wykluczyła możliwość korzystania przez dolnośląskich Polaków z prawa do samostanowienia. Wielka polityka nie wykluczała oczywiście możliwości indywidualnego wyboru narodowości. Ale czy nie wystarczyło, że włożyła przechylające szale zwycięstwa atuty w ręce tych, którzy liczyli na wahającą się większość, racjonalistycznie myślących, normalnych zjadaczy chleba, i to grubo posmarowanego masłem?

Na potrzebę ratowania polskości autochtonów na Dolnym Śląsku zwrócił uwagę Franciszek Przykuł w memoriale z 1919 roku skierowanym do władz polskich: "mieszka tu lud, który posługuje się mową polską, który etnicznie przedstawia ten sam typ, co w Poznańskiem i na Górnym Śląsku, i to nie tylko w mowie, ale i w sposobie myślenia, w zwyczajach, obyczajach, pieśniach ludowych itd...". Najbardziej było to oczywiście widoczne w tych okolicach, gdzie Polacy zamieszkiwali w zwartych skupiskach i na dodatek odczuwali niemalże fizycznie bliską obecność Polski - w Babimojskiem, Sycowskiem, Oleśnickiem czy Kluczborskiem. Gorzej było we wsiach pomiędzy Wrocławiem a Oławą, gdzie zanikająca polskość lękała się wyjść poza zagrodę.

W lutym 1920 roku na Śląsku powstał Polski Komisariat Plebiscytowy. Również we Wrocławiu powstało polskie biuro plebiscytowe oraz Towarzystwo Opieki nad Górnoślązakami - chodziło głównie o udzielenie pomocy zamieszkałym na Dolnym Śląsku Górnoślązakom w wyjeździe do miejsca urodzenia, dla wsparcia polskich sił w toczącej się walce o plebiscytowe głosy. W walce propagandowej nie przebierano w metodach. Malowano czarny, katastroficzny obraz Śląska, jego gospodarczej ruiny w wypadku przyłączenia do Polski. A gdy podczas wojny polsko-radzieckiej, pod koniec lipca 1920 roku, armia bolszewicka zagroziła Warszawie, zaraz propaganda niemiecka wykorzystała to jako argument na rzecz pozostania Śląska w granicach Niemiec - widziała już całą Polskę podporządkowaną bolszewickiej władzy. Ale także oddalenie możliwości ewentualności zbrojnej interwencji państwa polskiego w obronie Polaków ze Śląska ośmieliło niemieckich nacjonalistów tak bardzo, że porzucili walkę na słowa i chwycili za pałki, kastety i noże. W lipcu 1920 roku grupa niemieckich "pałkarzy (Stosstruplerów)" pobiła członków polskiego Towarzystwa Opieki nad Górnoślązakami i zdemolowała polski lokal we Wrocławiu przy ul. Nowej: nie do zniesienia była dla nich umieszczona tam tablica z białym orłem i napis - Konsulat Rzeczpospolitej Polskiej.

Antypolskie nastroje nasiliły się w następnym miesiącu. Przejazd przez Śląsk francuskich transportów z bronią, przeznaczonych dla wojsk polskich toczących boje z bolszewikami, spotkał się ze sprzeciwem niemieckiej partii komunistycznej działającej na Śląsku. Nastroje te błyskawicznie wykorzystali niemieccy nacjonaliści. We Wrocławiu, na dzisiejszym Placu Wolności, zorganizowali wiec plebiscytowy, na którym składano deklaracje o "odwiecznej niemieckości Śląska", a sfanatyzowany tłum skandował: "nie chcemy do Polski", "zniszczyć konsulaty polski i francuski", "powiesić polskich podżegaczy"! Potem bito każdego napotkanego Polaka. A jeśli któryś umknął bojówkarzom, to najczęściej łapała go policja i pakowała do aresztu - aby zapewnić opiekę i ochronę przed samosądem.

Podobne akcje, których zawsze kulminacyjnym punktem było demolowanie miejscowego polskiego lokalu plebiscytowego, przeprowadzono na całym Śląsku. W odpowiedzi na to na obszarze plebiscytowym dowództwo Polskiej Organizacji Wojskowej wezwało polską ludność do samoobrony. To drugie powstanie na Górnym Śląsku poprawiło warunki polskiej akcji propagandowej przed plebiscytem. Z Dolnego Śląska natomiast, na którym mocarstwa nie przewidywały plebiscytu, Polacy musieli po prostu dostosować się do sytuacji, niektórzy zgodnie z zasadą mimikry. Zresztą większość Polaków przeniosła się do niepodległej Polski: we Wrocławiu pozostało ich 23 tysiące 5. Z tej liczby, zwłaszcza w późniejszym czasie, hitlerowskim, jawnie do polskości przyznawało się (należało do polskich organizacji) niewiele ponad 200 osób. Jeszcze Polacy ze Śląska Górnego mogli powołać się na konwencję genewską z 15 maja 1922 roku, która formalnie chroniła ich narodowościowe prawa. Formalnie, bo położenie społczno-ekonomiczne i struktura ludności polskiej na Śląsku Opolskim nie pozwalały na pełne wykorzystanie przez nią tych praw narodowościowych - brakowało ciągle polskiej inteligencji, za mało było autochtonicznych organizatorów życia gospodarczego, kulturalnego i politycznego.

Polakom z Dolnego Śląska i tego odmówiono. Arbitralnie narzucono im niemiecką narodowość i niemieckie obywatelstwo. Pozostawiono im tylko jedną drogę: zupełne utożsamienie się z niemieckim narodem i bierne oczekiwanie na rezultaty wiwisekcji rudymentów polskości.

Do spisu treści

PROWINCJA ŚLĄSKA

5 Na stanowisko Dolnoślązaków i Górnoślązaków, połączonych administracyjnie na początku i przy końcu okresu międzywojennego w jedną prowincję Śląska, wpływał głównie fakt, że państwo polskie stanowiło ich sąsiedztwo, a polska ludność szacowana od 800 tyś. do l min osób należała do ich współmieszkańców oraz obywateli Rzeszy w czasach weimarskich. W okresie hitlerowskim straciła to miano, otrzymując jedynie status "przynależności państwowej" (Staatsan gehórige). T. Kulak, Ślązaków niemieckich myślenie o wojnie i pokoju, [w:] Śląsk wobec wojny polsko-niemieckiej 1939 r., op.cit., s. 78; W. Wrzesiński, Polski ruch narodowy w Niemczech 1922-1939, Poznań 1970, s. 32.

Nie było to wynikiem oportunizmu czy braku odwagi. Był to naturalny odruch obronny przed skazaniem siebie na społeczno-ekonomiczne, a potem także fizyczne unicestwienie. Efekty tego były takie, jak pewnego grudniowego wieczoru 1920 roku w laskowickiej gminie ewangelickiej.

Doroczny, bożonarodzeniowy wieczór rodzinny został wówczas zorganizowany nadzwyczaj sprawnie przez Ewangelicki Związek Panien przy aktywnym udziale niedawno powołanego oddziału Ewangelickiego Związku Robotników. Zaczęło się kazaniem pastora i modlitwą o jak najszybsze zakończenie czasu głodu i biedy. Potem duet dziecięcy, chór panienek, na koniec wspólne pieśni bożonarodzeniowe. Recytowano także wiersze, a organizatorki wystawiły nawet komedyjkę pt. Świąteczny wieczór Christiana. Impreza przyniosła "piękny dochód" - całe 650 marek, które przekazano na potrzeby stacji diakonis przy laskowickim zborze. Te zaś wydzieliły z tego 220 marek... na potrzeby plebiscytu na Górnym Śląsku - "w służbie niemieckiej sprawy", jak napisała z satysfakcją, w ostatnim numerze z 1920 roku, oławska gazeta

Wraz z upadkiem cesarstwa niemiecki nacjonalizm stracił co prawda jeden z najskuteczniejszych oręży swej misji germanizacyjnej - omnipotencję państwa, które do końca wojny skutecznie operowało wpajaną przez wieki prusko-protestancką zasadą Obrigkeit, ale przecież pozostała armia: "Was nie pobił żaden wróg" - głosiły transparenty. Pozostały dziesiątki organizacji militarnych, paramilitarnych i innych "ojczyźnianych" - wśród nich związki kombatanckie, różnego rodzaju "selbstschutze", "grenzschutze" i im podobne, z których miała wyłonić się Reichswehra. Bagnetem, karabinową kulą i mocnym uderzeniem kolby potrafiły one skutecznie rozprawić się z wszelkimi przejawami anarchii i nieporządku.

Autorytet władzy mniej ucierpiał we wsiach niż w miastach. Nienaruszony pozostał niemal autorytet najniższych szczebli administracji, autorytet gminy kościelnej i różnego rodzaju związków lokalnych. Pomagało to - w tych pierwszych latach głodu, biedy i galopującej inflacji - przedstawicielom gminy, żandarmom i sędziom okręgów wiejskich szybko wykryć i ukarać tych wszystkich, którzy przekładali własny, egoistyczny interes nad interes ogółu. A wtedy mało kto był w stanie oprzeć się pokusie łamania prawa. Dotyczyło to zwłaszcza zarządzenia o przymusowych dostawach produktów rolno-spożywczych. W gazecie oławskiej roiło się od policyjnych list nałożonych kar Jednych karano za to, że nie chcieli umrzeć z głodu, jak na przykład flisak Wilhelma L. z Łęgu, skazano na 200 marek grzywny "za kradzież ziemniaków z pola należącego do dominium Laskowice". Innych karano za to, że chcieli sobie byt poprawić, jak choćby właściciela zagrody z Jelcza, Gottlieba N. który nie dostarczał mleka, "ponieważ stwierdził, że nie posiada krów; przy rewizji wykryto 5 l śmietany i mleko - został skazany na 100 marek grzywny z zamianą na 20 dni aresztu".

W listopadzie 1919 roku w Laskowicach odbyło się zebranie lokalnego Związku Gospodarzy Wiejskich, do którego należały okoliczne wsie. Dyrektor tego konserwatywnego związku w swoim przemówieniu postarał się, aby chłopi uznali socjaldemokratów i inne partie lewicowe za politycznych, niewiarygodnych szarlatanów i zaufali jedynie partiom konserwatywnym, zwłaszcza Niemiecko-Narodowej Partii Ludowej (DNVP). Tylko ona bowiem, domagając się szczególnego uprzywilejowania rolnictwa, była w stanie reprezentować interesy gospodarzy w sytuacji, gdy właśnie ten dział gospodarki narodowej - wskutek "spisku" zwycięskiej koalicji przeciwko niemieckiemu przemysłowi - pozostał jedynym, najistotniejszym filarem niemieckiej egzystencji.

Uwierzyli w to właściciele dużych gospodarstw rolnych, co pokazały wyniki wyborów, które odbyły się w Niemczech w czerwcu 1920 roku. Generalnie rzecz biorąc, orientacja polityczna w pięciu przypadkowo wybranych wsiach położonych pomiędzy Wrocławiem a Oławą: w Piekarach, Jelczu, Laskowicach, Nowym Dworze i Katowicach, pokrywała się z podziałem społecznym. Na konserwatywno-nacjonalistyczną partię ludową (DNVP) najwięcej głosów padło w "gburskich" Piekarach (53°/o), najmniej w "średniorolnym" i flisackim Jelczu (niecałe 29%). Najwięcej zwolenników socjaldemokracji i jej radykalnego odłamu (UPSD) było w zamieszkałym przeważnie przez folwarcznych robotników Nowym Dworze (prawie 53%), najmniej oczywiście w Piekarach. Zupełnie w tych ewangelickich okolicach nie liczyło się katolickie Centrum - jedynie w Ratowicach zdobyło 16% głosów, w pozostałych natomiast wsiach nie więcej niż po 2%, a w Piekarach jeszcze mniej. Na demokratów i narodowych liberałów głosowali na ogół urzędnicy i wiejscy rzemieślnicy - najwięcej głosów partie te uzyskały w Laskowicach (prawie 18%), w innych wsiach poniżej 10%.

Tak ogromne rozbieżności interesów różnych grup społecznych, przy braku płaszczyzny zbliżenia politycznych stanowisk, były po prostu niezgodne z tradycją prusko-protestanckiego myślenia politycznego. W dodatku bogatym gospodarzom z Piekar czy Laskowic sen z oczu spędzała myśl, że pracujący w ich obejściach i na ich polach najmici mogliby nie tylko zażądać na przykład wyższej zapłaty, odmówić roboty w czasie spiętrzenia prac polowych, ale przede wszystkim zachwiać istniejącą, zwyczajowo usankcjonowaną wiejską hierarchią społeczną. Tym chętniej dawali więc posłuch różnym prorokom porządku i ładu społecznego. Ci zaś usilnie pracowali nad "odkurzeniem" różnych teorii, którymi również mogliby nakarmić i upoić się wszyscy ci, którzy usilnie pragnęli poprawy swego losu i wierzyli w starogermański mit równości.

Wielu było co prawda zwolenników zasady współpracy wszystkich grup społeczeństwa w celu przezwyciężenia anarchii i biedy, ale nie była zupełnie popularna myśl, aby dyktatorskie rządy oddać z powrotem Hohenzollernom. Zaraz po, I wojnie światowej nie było klimatu dla pobismarckowskiej Reichs-ideologie. Wyparła ją idea Yolksgemeinschaft, którą zrodził jeszcze niemiecki romantyzm i niemiecka szkoła prawniczo-historyczna w pierwszej połowie XIX wieku. Ideologia "niemieckiej wspólnoty kulturalnej", nowa "grossdeutsche Ideologie" stała się niezbędnym dopełnieniem "reichsdeutsche Staats-politik". Przekonaniu temu dała wyraz niemiecka młodzież z zapałem wykrzykując na zjeździe Związku Obrony Niemczyzny na Granicach i Zagranicą (Deutscher Schutzbund fur das Grenz- und Auslandsdeutschtums) we Flensburgu, w 1923 roku, ślubowanie: "... Wierzymy w Volksgemeinschaft, która jest silniejsza niż partia i klasa /Wierzymy w sprawczą siłę niemieckiego serca, niemieckiej woli i niemieckiego ducha..." 10.

Ideologia Volksgemeinschaft miała również istotne znaczenie w odniesieniu do polityki narodowościowej: miała "pomóc" Polakom, którzy pozostali w swych śląskich czy mazurskich stronach ojczystych, zrozumieć, że... przestali już być Polakami! Potwierdziły to przecież "najwyższe autorytety naukowe", choćby taki dr K. Keller, który w komentarzu do metody przeprowadzenia spisu ludnościowego w Prusach w 1925 roku (Zeitschrift des deutschen statistischen Landesamtes, 1926), z naciskiem podkreślił, że naród nie jest żadną wspólnotą pochodzenia! Jest w "najgłębszej istocie wspólnotą kulturalną". "Befaerrschende Grundzug der deutschen Kultur" spowodował zaś, że "do narodu niemieckiego przynależą wszyscy, choćby ze swego pochodzenia Niemcami nie byli. Są Niemcami w znaczeniu najistotniejszym, decydującym: przynależności kulturalnej"11.

10 "Volk und Reich. Politische Monatshefte fur das Junge Deutschland", 4-5, 1925, za: J. Cichocki, "Volk und Reich" jako źródło poznania stosunków polsko-niemieckich w latach 1925-1933, Acta Universitatis Wratislaviensis, nr 669, Nauki Polityczne XIX, Wrocław 1986.

11 Za: T. Katelbach, Niemcy współczesne wobec zagadnień narodowościowych, Wyd. Instytutu Badań Narodowościowych, Warszawa 1932. To pojecie narodu było jakby na nieco niższym "podeście" niż pojęcie narodu M. Webera - dla niego nie wystarczyła duma z kultury narodowej, przekonanie o jej wyższości w porównaniu z kulturą innych narodów, musiała jeszcze istnieć świadomość "wspólnoty politycznej" i dążenie do jej realizacji, do jej "prestiżu". Ten sam K. Keller parę lat później pisał: "Nie wiemy, czy w przyszłości nie nastąpi znów taka sytuacja polityczna, w której to czy inne życzenie będzie znowu wysuwane. Dlatego nie jest zbytecznym trudem coraz to na nowo udowadniać niemiecki charakter tych ziem, które nam wprawdzie traktaty pokojowe pozostawiły, ale do których w 1918/19 wrogowie nasi zgłaszali pretensje". K. Keller, Die Fremdsprachige Bevólkerung im Grenzgebiete des Deutschen Reiches, Berlin 1929, cyt. za. E. Kuroński, "Sprawy Narodowościowe", 1938, nr 4-5, s. 386.

Elementem tej szerszej niemieckiej wspólnoty kulturalnej miała być zapewne "śląska kultura plemienna" (schlesische Stammeskultur). której początek miało dać w czasach prehistorycznych germańskie plemię Silingów. To w wyniku jego "oddziaływania kulturalnego i terytorialnej ekspansji" ukształtowany został "obszar wielkiego Śląska". Te opartą na dziewiętnastowiecznych teoriach ideologię szerzył, przy życzliwym poparciu władz dolnośląskich, w latach 1928-1939 "ruch wielkiego Śląska" (Gros-schlesische Bewegung), posiadający własną organizację wykonawczą pod nazwą Arbeitskreis fur gesamtschlesischen Raum i pismo "Schlesisches Jahrbuch"12.

Do spisu treści

POLACY CZY NIEMCY?

Badając pruskie statystyki narodowościowe z końca XIX wieku, Adam Galos zauważył, że już w 1890 roku wszystkich Polaków ze Śląska, którzy służyli w armii cesarskiej, uważano za Niemców. Każdy wiec, kto przeszedł szkołę pruskiego drylu i pruskiej musztry, otrzymywał nobilitację na Prusaka! A jeśli jeszcze pojmował istotę Obrigkeit, do tego należał do Pruskiego Kościoła Krajowego; jeśli ukończył pruską szkołę, jeśli zrozumiał istotę pruskiego prawa odsiadując w pruskiej "kozie" karę za naruszenie zarządzenia w sprawie dostaw obowiązkowych, na przykład za niezameldowanie krowy, jeśli...? Doprawdy, musiał wykazać wielką odporność psychiczną chłop z Wojnowic, Katowic czy Miłoszyc, aby obronić się przed tymi racjonalno-teleologicznymi działaniami kształtującymi jego kulturę polityczną i również we własnym przekonaniu nie uznać się za Niemca, za należącego do niemieckiego "Kulturnation"!

Zaraz po odzyskaniu niepodległości przez Polskę, a zwłaszcza po przyłączeniu się do niej Wielkopolski, w prasie dolnośląskiej powrócono do praktyki malowania portretu Polaka, nieokrzesanego, brudnego, zapijaczonego, leniwego i złośliwego. Zwykle pomocny był przy tym jakiś precedens, zwykle też bardzo nieudolnie sfabrykowany. Tak na przykład było z szeroko opisaną w gazecie oławskiej aferą robotnika Tomasza Wosia z Kongresówki, zatrudnionego w laskowickim dominium. Został on oskarżony o sabotaż: włożenie w tryby parowej młockarni potężnego kamienia. Znaleziono ponoć nawet świadka tego przestępstwa: robotnicę z Polski, która jednak po złożeniu zeznań gdzieś zniknęła. Tomasza Wosia uwięziono, przez dwie godziny próbowano namówić do przyznania się do winy, po czym z braku dowodów - zwolniono. Nie dlatego, że był rzeczywiście niewinny, ale właśnie "z braku dowodów winy"!13

12 Terytorium "wielkiego Śląska" obejmować miało "polski i niemiecki Śląsk, Łużyce, Śląsk Cieszyński, rejon Sudetów, a także ziemie polskie na północy po Poznań, a na południu aż po Kraków wraz z ziemią dawnego księstwa zatorsko-oświęcimskiego. Powstanie programu "śląskiej kultury plemiennej" należy wiązać z pracami historyka Hermanna Aubina, chociaż inspiracji szukać należy w ekspansjonistycznych poglądach geografa A. Pencka o niemieckim obszarze etnicznym i kulturalnym (Deutsche Volks- und Kulturboden). Idea powstała w czasach weimarskich, lecz znakomicie mieściła się w terytorialnej wizji "wielkiej tysiącletniej Rzeszy". T. Kulak, Ślązaków niemieckich myślenie o wojnie i pokoju, [w:] Śląsk wobec wojny polsko-niemieckiej 1939, op. cit., s. 83.

13 OKB z 6 Ul 1919.

Każdy Polak był zawsze pierwszym podejrzanym - jakby ze swej istoty był skażony grzechem-winą. Jeśli nie udało się udowodnić mu winy na drodze prawnej, to i tak kara go nie ominęła: skompromitowano go w opinii publicznej - w tendencyjnie spreparowanej notatce zamieszczonej w rubryce kryminalnej de iure uniewinnionego Polaka wymieniano z imienia i nazwiska, gdy "swoich", skazanych kryminalistów, gazety niemieckie oznaczały jedynie imieniem i pierwszą literą nazwiska.

W 1922 roku prezydent rejencji wrocławskiej ostrzegał władze berlińskie, że w wyniku zakupów nieruchomości przez Polaków "Wrocław z pewnością w krótkim czasie zostanie zalany przez Polaków z Kongresówki i z Poznańskiego i na skutek tego powstanie niebezpieczeństwo nie tylko dla Wrocławia, lecz dla całego Dolnego Śląska". Tego typu propaganda nasiliła się zwłaszcza w czasie polsko-niemieckiej wojny celno-gospodarczej. "Program wschodni" ustalony w 1927 roku przez Ostmarkenverein, wskazując na "polskie niebezpieczeństwo", domagał się nowego zastrzyku gotówki na potrzeby niemieckiej gospodarki i niemieckiej kultury na Wschodzie, środków zahamowania polskiego osadnictwa na Dolnym Śląsku oraz rozwiązania polskich organizacji. I od razu temat ten wzięła na warsztat niemiecka prasa "Schlesische Zeitung". W artykule: Płonąca granica - gdzie są środki przeciwdziałania? - żądała kategorycznie zahamowania "inwazji" Polaków na Śląsk, Mazury i Pomorze. Również gazeta oławska roztaczała apokaliptyczną wizję "polonizacji niemieckiego Wschodu". Podkreślała, że "inwazja" Polaków na Śląsk może stać się prawdziwą katastrofą dla niemczyzny, ponieważ... rozbudzi polskość ludności "od dawna zamieszkałej na tych terenach"! 14 Propaganda ta musiała wpłynąć na kulturę polityczną chłopów dolnośląskich, na ich stosunek do robotników z Rzeczpospolitej. Musiała ulec jej większość gospodarzy, również tych, którzy mieli świadomość polskich korzeni swoich rodzin15.

14 OKB z 5 I 1928.

15 "Przez cały okres republiki weimarskiej pod hasłem obrony "skrwawionej wschodniej flanki" starano się tworzyć narodową jedność Ślązaków ponad istniejącymi podziałami politycznymi, jak też zyskać zainteresowanie sfer oficjalnych rządu Rzeszy i Prus, wymierne w finansowych nakładach na potrzeby prowincji [...]. Kolejne miedzy 1928 a 1932 r. wybory do Reichstagu i Landstagu pruskiego spowodowały, że straszak w postaci polskiej zaborczości z zewnątrz i zagrożenia wewnętrznego rozwoju i ekspansja mniejszości polskiej stanowiły stały argument w akcji wyborczej wszystkich partii politycznych". T. Kulak, op. cit., s. 78-79.

 Ten klimat ideowo-polityczny wzmacniać musiał politykę władz republiki weimarskiej, które oficjalnie nie angażowały się w akcję wynaradawiania Polaków na Śląsku. Stosowały jednak metody, które - jak wykazała analiza przeprowadzona przez Związek Polaków w Niemczech - prowadzić musiały do tych samych efektów, jakie miała polityka narodowościowa w czasach kaizerowskich. "Polegały one nie tyle na przestrzeganiu ustaw i oficjalnych rozporządzeń, ile na dyskretnym stosowaniu poufnych zarządzeń i okólników. Pozwalało to na dużą elastyczność, na zróżnicowanie w zależności od warunków lokalnych. W akcji wynaradawiania władze państwowe zastępowane były przez różnorakie organizacje nacjonalistyczne, finansowane przez państwo. Przedstawiciele tych władz - landraci, prezesi rejencji, wysocy urzędnicy ministerstw - zasiadali ponadto w zarządach owych organizacji".

Do spisu treści

SOCJALDEMOKRACI W LASKOWICKIEJ GMINIE

We wsiach między Wrocławiem a Oławą wcale niemałą siłę tworzyli socjaldemokraci i komuniści. Po wyborach z 1928 roku okazało się, że w Nowym Dworze i Jelczu głosowała na nich połowa mieszkańców. Nawet w takich konserwatywnych Piekarach uzyskali prawie 46% głosów17. Utworzony przez socjaldemokatów republikański rząd wypełnił zadanie postawione przez "program wschodni" Ostmarkenverein: w obawie przed "polskim niebezpieczeństwem" podarował w ramach Osthilfe obszarnikom i najbogatszym chłopom miliardy marek w postaci niskoprocentowych pożyczek. Wsparł we wsiach Śląska, Mazur i Pomorza tych, którzy interes swego gospodarstwa związali z niemiecką Volksgemeinschaft, w sposób znerwicowany poszukującą autorytarnego rządu i wszechmocnego wodza.

Demagogicznej propagandzie narodowo-socjalistycznej swój równie demagogiczny, aczkolwiek internacjonalistyczny program przeciwstawili komuniści, w kwestii rolnej postulowali likwidację ceł na importowane pasze i likwidację chłopskiego zadłużenia, przekazanie wielkich majątków w ręce najemnych pracowników rolnych i rozszerzenie na tę warstwę ubezpieczenia od kalectwa i na starość. Odniosło to nawet przejściowo skutek, również w dolnośląskiej wsi: w wyborach z 1932 roku w takim na przykład Jelczu głosowało na nich 13% ludności, a w Katowicach nawet ponad 20%. Ale zmienić to generalnej tendencji już nie mogło. Komunistów nie wsparli socjaldemokraci. Nie chcieli wchodzić z nimi w żadne sojusze katolicy, którzy naiwnie wierzyli, że kierownictwo ich partii Centrum nie dopuści, aby zatriumfowały siły protestancko-pruskie i pogańsko-narodowo-socjalistyczne. Nikt nie spodziewał się tak szybkiego marszu "brunatnych batalionów".

Jeszcze w 1928 roku w pięciu analizowanych wsiach znajdujących się miedzy Wrocławiem a Oławą było zaledwie dwóch hitlerowców: jeden w Piekarach i jeden w Ratowicach. W 1933 roku na NSDAP głosowało natomiast 71% wyborców z Piekar, 66°/o z Laskowic, 65% z Nowego Dworu, 59% z Ratowic i 53% z Jelcza! Potomkowie tych, którzy przed 107 laty wystąpili w obronie języka polskiego, opowiedzieli się za ofensywną niemczyzną, za nazistowskim i antypolskim programem Adolfa Hitlera!

Co o tym zadecydowało? Czy tylko pozbawiona oporów demagogia NSDAP? Czy poparcie tej partii przez władców koncernów niemieckiego przemysłu, którzy wpłacali na rzecz "Fundacji Gospodarki Niemieckiej im. Adolfa Hitlera" sumę równą 5 promili kwartalnych wydatków na płace? Może beznadzieja i strach przed wrzeszczącymi i walącymi w werble młodymi ludźmi w brunatnych uniformach? A może tak wielu robotników przemysłowych i rolnych w decydującym momencie poparło NSDAP, ponieważ straciło wiarę w siłę i możliwości "starych" partii rewolucyjnych?

Bogata literatura przedmiotu na wszystkie te pytania daje odpowiedź twierdzącą. Ale wypadałoby się również zastanowić, czy chłopi dolnośląscy nie stawiali na ruch narodowo-socjalistyczny również dlatego, że zafascynowani jego społeczno-ekonomicznymi obietnicami nie byli już w stanie zgłębić jego istoty? Czy po prostu ci ludzie nie wychodzili z tych samych przesłanek, co pochodzący ze Szczawna Zdroju Gerard Hauptmann (zmarł w 1946 r. w Jagniątkowie pod Jelenią Górą) - autor dramatu Tkacze, w którym opisał nędzę śląskich tkaczy i krwawo stłumione ich powstanie w roku 1844. Ten wybitny przedstawiciel niemieckiego naturalizmu przez pewien czas trzymał się ruchu Hitlera, ponieważ ten obiecywał, że nigdy nie będzie kryzysu, głodu i nędzy; ponieważ w latach trzydziestych uważał jedynie za margines ideologii faszystowskiej to, co miało doprowadzić do wojny i ludobójstwa: militaryzm i szowinizm.

W wyborach z marca 1933 roku, które miały jedynie zaakceptować dokonane trzy miesiące wcześniej przechwycenie władzy przez hitlerowców (Machtubernahme), NSDAP zebrała głosy tych wszystkich Dolnoślązaków, którzy poprzednio popierali niemiecko-narodową partię ludową. Po prostu wybrali tę władzę, która okazała się najsilniejsza i w sposób najbardziej przekonujący gwarantowała trwałość i pomyślność ich gospodarstw. Ale nie można przy tym zapomnieć, że decyzje takie często były podbudowane głębszą racjonalizacją, związaną z mentalnością tych ludzi. Mentalnością, na którą przez pokolenia całe oddziaływał "duch kapitalizmu" i wartości "etyki protestanckiej", których nienaruszalność miała strzec wszechobecna Obrigkeit. Wyrosłe na tej glebie idee skażone zostały różnymi mutacjami prusko- niemieckiego nacjonalizmu. Tak wykształcona doktryna skazana była na poszukiwanie wszechmocnego wodza Volksgemeinschaft, posiadającego charyzmą uświęcony autorytet 19.

Do spisu treści

KOŚCIÓŁ W DOBIE FASZYZMU

Doktryna ta zwiodła niemiecki Kościół ewangelicki, który po upadku cesarstwa stracił swego tradycyjnego przywódcę i opiekuna. Niemieccy ewangelicy zagubili się do tego stopnia, że wielu z nich poszło do ruchu tzw. Chrześcijan Niemieckich (Deutsche Christen). Pragnęli oni ideę Volksgemeinschaft nasycić chrystianizmem, co rozumieli jako unarodowienie ewangelicyzmu i jako odjudaizowanie chrześcijaństwa (odrzucali Stary Testament jako "księgę żydowską")- Stąd już tylko krok dzielił tak rozumiane "chrześcijaństwo" od ideologii hitlerowców. I wydaje się, że teolodzy tego kierunku nie tylko mieli decydujący wpływ na radę kościelną ewangelików Turyngii, która zapewniała o przyjściu Chrystusa w osobie Hitlera 20. Chrześcijanie niemieccy swoją agitacją mogli również przyczynić się do tego, iż dolnośląscy chłopi właśnie tak po prostu przerzucili się z protestancko-pruskiej DNVP na NSDAP.

Niejeden spośród mieszkańców Piekar czy Laskowic musiał ulec temu samemu fatum, któremu uległ bohater słynnej powieści Tomasza Manna pt. Doktor Faustus: Adrian Leverkuhn. Od małego oddychając atmosferą przepojoną przekonaniem, że los jego jest powiązany z mocami twórczymi do tego stopnia, że nie da się dobra oddzielić od zła, jak światło od cienia, jak dwie strony tej samej rzeczy - uwierzył, iż hitleryzm jest niemiecką predystynacją! Uwierzył w słowa ministra do spraw kościelnych Rzeszy Hansa Kerrla: "Jak Chrystus w swoich dwunastu uczniach wychował wierną do męczeństwa gromadkę, której wiara zdruzgotała wielkie cesarstwo rzymskie, tak i w dzisiejszych Niemczech doświadczamy tej samej rzeczy. (...) Adolf Hitler (...) jest prawdziwym Duchem Świętym".

W 1933 roku tylko u nielicznych jednostek znalazły zrozumienie napomnienia-przestrogi wielkiego teologa protestanckiego ze Szwajcarii, Karla Bartha: w Kościele ewangelickim w Niemczech nie słyszy się "już prawie słowa Chrystusowego", lecz "niemal tylko słowo pogańskie"!

19 Wydaje się, że w niewielkim tylko stopniu uświadamiano sobie przy tym konsekwencje nowych w porównaniu z prusko-niemiecką koncepcją mocarstwową elementów polityki Hitlera. Były to: "elementy rasowo-ideologiczne, których jaskrawym wyrazem był antysemityzm, koncepcja nadczłowieka (Untermenscha) oraz zamierzenia totalnego wyniszczenia europejskich Żydów". K. Jonca, op. cit., s. 14.

20 Szerzej: W. Bokajło, Polityczny protestantyzm niemiecki..., op. cii.; A. Morawska, Chrześcijanin w Trzeciej Rzeszy, Warszawa 1970. Na "ścisłą korelację antysemityzmu ze szczególnie zażartymi odmianami nacjonalizmu, jakie szerzyły się na terenach graniczących z Polską i oddalonych od wielkich aglomeracji miejskich", wskazuje R. Grunberger, Historia społeczna Trzeciej Rzeszy, t. I-II, PWN, Warszawa 1987; t. 11, s. 364.

 

Dopiero w maju 1934 roku miała się zebrać w Barmen garstka ewangelików, którzy zainicjowali Kościół Wyznający (Bekennende Kirche) - opozycyjny wobec Chrześcijan Niemieckich i wobec nieludzkiego programu partii Hitlera.

Reżym hitlerowski od pierwszych dni swego istnienia starał się uprawdopodobnić swą ideologię, aktami prawnymi, które zaspokajały apetyty pewnej części Volksgememschaft, intensywną propagandą, która pozostałej części dawała nadzieję na zaspokojenie tych apetytów w przyszłości. Tylko nieliczni wówczas zdawali sobie sprawę, że urzeczywistnienie wszystkich propagandowych obietnic może nastąpić jedynie w wyniku wojny, podboju i obróceniu ościennych narodów w niewolników.

W maju 1933 roku powstał Związek Niemieckiego Wschodu (Bund Deutscher Osten) organizujący ofensywną Volkstumarbeit "narodową pracę" skierowaną głównie przeciw Polsce. Głównym celem działalności propagandowej i politycznej miało być tworzenie z niemieckiej ludności "forpoczty niemczyzny" i ujednolicenie postaw narodowościowych i społecznych. W październiku 1937 roku - jak postanowił Josef Wagner, gauleiter dla całego Śląska, a od 1934 r. nadprezydent obu śląskich prowincji (dolno i górnośląskiej) - nad ścisłą współpracą BDO, urzędem spraw granicznych i Osteuropa-Institut czuwały władze śląskiego okręgu NSDAP z siedzibą we Wrocławiu .

Do spisu treści

ZAGRODY DZIEDZICZNE, A POLSKOŚĆ DOLNOŚLĄSKICH CHŁOPÓW

Już w maju 1933 roku podjęto kroki dla popierania gospodarstw chłopskich - ustawa zaś z września 1933 roku o "zagrodach dziedzicznych" uniemożliwiła dzielenie i zadłużenie takich gospodarstw. Chłopi-gospodarze zostali zorganizowani w ramach "stanu wyżywienia Rzeszy (Reichs-nährstand)" Przekonywano ich, ze jest to stan najważniejszy w zhierarchizowanym społeczeństwie stanowym "tysiącletniej Rzeszy". Uwierzyli, bo przecież chłop rzeczywiście "dostarczał" przyszłych żołnierzy i był jedynym producentem żywności dla tych żołnierzy. Bez tego stanu nie do pomyślenia byłoby istnienie wodza narodu i całej elity faszystowskiej. Kiedy na dodatek w październiku 1938 roku wyszła ustawa o rozwiązaniu fideikomisów w sensie prawnym, posiadacze wielohektarowych gospodarstw w Jelczu czy Laskowicach nie mieli już wątpliwości, że właśnie Hitlerowi zawdzięczali zrównanie w prawach z byłym dziedzicem: Ortsbauerführer Bilcer z Jelcza poczuł się równy hrabiemu von Saurma-Jeltsch - stanął wraz z nim w jednym szeregu niemieckiej "szlachty krwi i ziemi", stanowiącej jądro "narodu panów".

Niestety, nie mogli tego o sobie powiedzieć robotnicy przemysłowi i rolni, drobni rzemieślnicy czy flisacy. Ale propaganda hitlerowska nie szczędziła wysiłków, by przekonać ich, że wystarczy tylko wyciągnąć rękę na wschód - tam czeka ziemia i polscy robotnicy. Wielu wiec z nich na różnych szkoleniach ideologicznych chłonęło wiedzę o wschodzie, śpiewając potem z przekonaniem: Nach Ostland wollen wir reiten!

Zmuszali tym do milczenia tych, którzy byli sceptycznie nastawieni do hitlerowskiego reżymu i roztaczanych przez jego propagandzistów miraży, a zwłaszcza tych Ślązaków, którzy nie chcieli zapomnieć polskiej mowy, swych polskich dziadów i ojców. Oczywiście niemożliwa jest w tej chwili odpowiedź na pytanie: ilu spośród tych, którzy w 1933 roku nie głosowali na Hitlera (dla przypomnienia: 29% w Piekarach, 34% w Laskowicach, 35% w Nowym Dworze, 41% w Ratowicach i 47% w Jelczu), wytrwało w swych przekonaniach przez dwanaście lat totalnego ubezwłasnowolnienia i glajchszaltowania?

Ustawa o "zagrodach dziedzicznych" stała się najistotniejszym, radykalnym i ostatecznym środkiem związania dolnośląskich chłopów nie tylko z reżymem hitlerowskich Niemiec, ale w ogóle z niemiecką Volksgemeinschaft22. Tragicznym paradoksem było przy tym, że ustawa dotyczyła właśnie potomków sygnatariuszy "wielkanocnej" petycji z 1826 roku w sprawie prawa do języka polskiego. Z jednej bowiem strony ustawa ta ostatecznie potwierdzała ich prawa do uprawianej od czasów piastowskich ziemi, z drugiej strony jednak gwarancję respektowania tego prawa przez wszechwładne państwo faszystowskie uzyskiwał tylko ten, kto raz na zawsze zaparł się polskości i swego piastowskiego dziedzictwa kulturalnego i narodowego 23.

W systemie wszechogarniających organizacji politycznych trudno było doprawdy cokolwiek ukryć. Każdy był sprawdzany, prześwietlany, inwigilowany - od momentu otrzymania "od samego Fuhrera" jego aMein Kampf i kołyski. Jeśli był którymś z kolei dzieckiem, jego rodzina uzyskiwała członkowstwo Reichsbund der Kinderreichen. Potem już kolejno: w dzieciństwie hitlerowska organizacja Pimpse, potem Hitler Jugend lub Band Deuts-cher Madel, Landesdienst (służba wiejska), Arbeitsdienst, Deutsche Arbeits-front, NSDAP, całe mnóstwo organizacji społecznych, zawodowych, kulturalnych, drużyny sportowe, drużyny pogotowia Niemieckiego Czerwonego Krzyża, samoobrony, nie mówiąc już o Wehrmachcie czy SS i SA!

22 Polski konsulat w Opolu odnosił to twierdzenie przede wszystkim do Polaków na Śląsku Opolskim. Za: T Kulak, op cit., s. 82-83. Jednakże "ustawa o zagrodach dziedzicznych" musiała oddziaływać również na postawy chłopów na Śląsku Dolnym

23 "Z kolei ustawy o areszcie zapobiegawczym i tzw. ustawa o sterylizacji odbierały następnie wolność jednostki i autonomiczność jej działań. Natomiast ustawa z marca 1937 r. o zabezpieczeniu granic Rzeszy i środkach odwetowych stała się podstawą do wysiedlania Polaków i odbierania im ich własności". T. Kulak, op. cit., s. 82.

 

Na nadludzką odwagę mogli pozwolić sobie przede wszystkim już tylko tacy, którzy mieli mało lub nic do stracenia - tacy jak na przykład Henryk Wilcek z Jelcza, który reporterowi oławskiej gazety sporządzającemu notatkę o jego 80 urodzinach i przejściu "na wycug" przeliterował swoje nazwisko tak, jak zawsze się nazywał, a nie jak podpisywały jego dzieci: Wiltschek.

Do spisu treści

DWANAŚCIE LAT FASZYZMU

Przez dwanaście lat faszystowskiego systemu mieszkańcy wsi dolnośląskich słowa po polsku głośno wypowiedzieć me mogli. Najdrobniejsze nawet reminiscencje polskiej przeszłości stawały się najcięższym wykroczeniem 24. To, co można było zniszczyć, spalić, zakazać - niemiecko-hitlerowska Volksgemeinschaft niszczyła, to, czego zniszczyć się nie dało - uznawała za swoje. Tak było ze starymi polsko-śląskimi strojami (zwłaszcza kobiecymi): specjaliści od niemiecko-hitlerowskiej kultury uznali je za pragermańskie, proniemieckie - za swoje! Jeśli bowiem ten śląski "naród" był od wieków niemiecki, choć jeszcze niedawno polskojęzyczny, to i jego stroje ludowe musiały być ur-echtdeutsch!

Taka była wola zesłanego przez Opatrzność Führera i duszą mu oddanego Josefa Wagnera, który w kwietniu 1935 roku, na kursie nauczycieli zorganizowanym przez Związek Wschodnich Niemiec przedstawił interpretację ustawy z l lutego 1933 roku "o ochronie narodu i państwa" w aspekcie problemu polskiego na Śląsku: "Nawet polsko-niemieckie nazwiska muszą być usunięte. Mniejszości musi się wpoić, że Polak równa się czyszcicielowi butów; Niemiec - sile i potędze, największemu zaszczytowi. Nowa młodzież musi się dać raczej zabić, niż by przez jej usta miało przejść polskie słowo...!"

Do spisu treści

PRECZ Z POLSKIMI FASADAMI

W rok potem ruszyła akcja "precz z polskimi fasadami"25. Na wniosek miejscowych komórek NSDAP organy administracji niemczyły wszystko, co tylko miało choćby ślad polskości: nazwy miejscowości, przysiółków, wzgórz, rzeczek. Wskutek tego wieś o polskiej nazwie Miłoszyce (w ostatnich czasach też Mieleszyce lub Mileschwitz) przemianowano na Fünfteichen, a Laskowice zamieniono na Markstadt - nawiasem mówiąc, nawiązując w ten sposób do zagadkowego dla niemieckich uczonych "rynku", który dla nas jest świadectwem wczesno-polskiego życia gospodarczo-politycznego na tym terenie.

24 O powszechnym donosicielstwie wspominał prof. Georg Stadtmuller z wrocławskiego Osteuropa-Institut. "sieć =mężów zaufania= BDO oplatała całe społeczeństwo, a starano się, aby każdy z nich wypadał na 2000 mieszkańców. Bezpłatnie i ochotniczo spełniali funkcję policji. Terrorowi ich ulegali z reguły wszyscy, pomnażając szeregi Związku, toteż w połowie 1939 r. liczył on w całej prowincji 1230 kół terenowych i prawie 92 tyś. członków. =Za zdradę= skreślano z ewidencji członków wszystkich, którzy w czasie spisu 17 V 1939 r. podali język lub narodowość polską. Jedyny znany mi przypadek rezygnacji z przynależności do BDO z argumentacją, iż =nie może dostrzec w jego działalności nic sprzyjającego dla rozwiązania niemieckich zagadnień na wschodzie=, pochodził w 1937 r. od Birona von Curland z Sycowa. Pozostał bezkarny tylko z uwagi na pozycję majątkową oraz znane, brytyjsko-włoskie koneksje rodzinne." Ibidem, s. 85.

25 Szerzej: K Fiedor. ..Sukcesy gauleitera Wagnera czyli jak usuwano ślady polskości na Śląsku, Śląski Instytut Naukowy, Katowice 1985; Walka z nazewnictwem polskim na Śląsku w okresie hitlerowskim, 1933-1939, oprac. K. Fiedor, Wrocław 1966. 

Były również całkiem oryginalne sposoby walki z "polskimi fasadami", jak na przykład ten, który ze szczegółami opisała gazeta oławska z 1939 roku. 27 kwietnia odbyła się w Ratowicach podniosła uroczystość. W obecności mieszkańców i gości zburzono dębowy, pochodzący z XVI wieku wiatrak - symbol starej ratowickiej gminy. Na jego miejscu miał stanąć symbol nowych czasów: dom Hitler-Jugend i plac sportowy. Na początek i na zakończenie manifestacji odśpiewano hymn państwowy: liberalną pieśń młodoniemieckiego buntu: Deutschland, Deutschland uber alles...

Potem w gospodzie wieczorek. Ale nie było już starych, ludowych tańców i nie śpiewano polskich przyśpiewek - za to mogły odbyć się popisy artystów z Berlina i z Lipska, objeżdżających śląskie wsie w ramach akcji "Kraaft durch Freude" a, o czym w każdym niemal numerze zawiadamiała oławska gazeta.

Śląsk, zgodnie z hitlerowskim planem Fall Weiss, stał się podstawowym rejonem wyjściowym do napadu na Polskę: dowództwo hitlerowskie skoncentrowało tu łącznie 29 dywizji (w tym 3 pancerne, 2 lekkie i 2 zmotoryzowane), dwa zmotoryzowane pułki SS, jednostki straży granicznej i czwartą flotę powietrzną. Stanowiło to 45% niemieckich wojsk lądowych i ponad 54% sił lotniczych użytych przeciwko Polsce we wrześniu 1939 roku. Czy sam fakt takiej demonstracji siły nie działał paraliżująco i destrukcyjnie na większość polskich Ślązaków, a zwłaszcza "polnisch sprechende Ewangelische"?

Już zupełnie beznadziejna sytuacja była tych, którzy podlegali obowiązkowi służby wojskowej. Dla większości z nich wpojone od dzieciństwa zasady bezrefleksyjnego posłuszeństwa wobec zwierzchności stanowiły jedyną możliwość, by wojnę tę widzieć w kategoriach obowiązku, ukarania tych, którzy stawiali opór niemieckiemu prawu i porządkowi, nie brakło wszakże i takich, którzy jak najszybciej pragnęli zniszczenia tego punktu odniesienia, którego istnienie zakłócało ich wewnętrzny spokój. Gdzieś miedzy tymi grupami błąkali się ci, którzy walczyli, by przetrwać - nie zostać zabitym w boju, nie skazać siebie na twierdzę a rodzinę na ostracyzm.

Za ich plecami zaś przywódcy hitlerowskiej Volksgemeinschaft realizowali plan zniszczenia polskiego państwa, eksterminacji "politycznego kierownictwa narodu" polskiego, wpędzenia w niewolę jego pozostałej części; miał również nastąpić radykalny koniec rudymentów ich polskości. Jeszcze przed agresją na Polskę usadowiło się we Wrocławiu kierownictwo "nadodrzańskiego odcinka Służby Bezpieczeństwa SS". Wraz z podległymi mu placówkami w Opolu i w Legnicy, przy pomocy niemieckiej "piątej kolumny" w Polsce, przygotowywało listy polskich przywódców politycznych, twórców nauki i kultury, kierownicze osoby z administracji, zaangażowanych w działalność patriotyczną duchownych, działaczy Polskiego Związku Zachodniego...27

Do spisu treści

II WOJNA ŚWIATOWA

Już na jesieni 1939 roku w Wojnowicach, Ratowicach, Laskowicach i w innych okolicznych wsiach pojawili się pierwsi jeńcy wojenni i robotnicy przymusowi, także z Polski. W gospodarstwach musieli zastąpić parobków wcielonych do Wehrmachtu. Jak ich traktowano? - trudno generalizować. Na pewno niektórzy "Schlesierzy" mieli ich po prostu za bydło robocze i z radością przyjęli zarządzenie z czerwca 1940 roku, by orać nimi również w niedziele. Ale nie brakło przecież i takich gospodarzy, którzy widzieli w nich po prostu ludzi. W Ratowicach na przykład karczmę Hermana Treski, członka NSDAP od 1930 roku, każdy jeniec czy robotnik przymusowy musiał obchodzić z daleka - gospodarz wszak stosował się ściśle do wytycznych, które wydał Egon Leuschner z polecenia hitlerowskiego Urzędu Polityki Rasowej: "... Właściwości, obyczajowość, charakter i służalcze usposobienie narodu polskiego są wymowniejszym dowodem przepastnej różnicy miedzy narodem polskim a niemieckim niż te, jakich mogłyby dostarczyć badania naukowe... Polak jest naszym wrogiem... Wszelkie kontakty z Polakami są niegodne... Dobroduszność i łagodne traktowanie nie podnoszą zapału do pracy... Niewolnicze usposobienie Polaka wymaga, by zawsze wyczuwał pana nad sobą... Nie wolno dopuszczać Polaków do imprez kulturalnych i innych.". Czy tak samo myśleli flisacy i robotnicy zakładów Gazdy, którzy przychodzili do karczmy Labańskiego? - należy przypuszczać, że nie wszyscy. Musiały być przecież jakieś przesłanki wydania zarządzenia z czerwca 1940 roku o bezwzględnym przestrzeganiu zakazu wspólnego spożywania alkoholu z przymusowymi robotnikami i jeńcami.

Rosła liczba przymusowych robotników z Generalnej Guberni we wsiach pomiędzy Wrocławiem a Oławą w miarę jak powoływano coraz nowe roczniki dolnośląskich chłopów do wojska po wybuchu wojny ze Związkiem Radzieckim. Ginęło też tych żołnierzy na froncie wschodnim coraz więcej - ostatni, pożegnalny numer gazety oławskiej z 10 grudnia 1941 roku zamieszczał znamienny apel do gospodarzy, by robili testamenty.

27 Zgodnie z rozkazem Himmlera, wojska hitlerowskie po wkroczeniu do Polski miały wszystkich tych ludzi od razu zgładzić bądź aresztować i wysłać na powolną śmierć do obozów koncentracyjnych. Ogółem tzw. grupy operacyjne (Einsatzgruppen), działające przy grupie armii "Południe", wymordowały w Polsce we wrześniu 1939 roku ponad 10 tysięcy członków polskiej elity polityczno-intelektualnej. Ciekawie wyglądałyby w tym kontekście wyniki badań wpływu sprawozdania pt. Stan moralny i materiały siły obronnej Polski z l VIII 1939, sporządzonego przez ambasadę III Rzeszy w Warszawie, kierowanej przez H.A. von Moltke, a wskazującego na inteligencję polską przejawiającą "największą rolę oporu", ponieważ najmocniej związana była "na życie i śmierć z państwem polskim" (patrz: K. Jońca, op. cit., s. 25-26) - na decyzje Hitlera w sprawie eksterminacji tego właśnie "politycznego kierownictwa narodu".

W zasadzie nie wiadomo dokładnie, dlaczego gazeta oławska przestała się ukazywać. Czy dlatego, że nie miała o czym pisać - na to wskazywałby artykuł wstępny w jednym z ostatnich jej numerów pod wiele mówiącym tytułem: Dlaczego nie ma tego w gazecie? - wróg interesuje się wszystkim!. Czyżby aż tylu było wrogów reżymu hitlerowskiego wśród abonentów tej gazety miedzy Wrocławiem a Oławą? Czy byli to tylko jeńcy wojenni i przymusowi robotnicy? A może byli to ci szeptem rozmawiający po polsku mieszkańcy Wojnowic, Chwałowic lub Nowego Dworu? A ponadto cóż takiego szczególnego zaczęło się dziać w tych okolicach, co mogłoby interesować wroga?

Do spisu treści

Rozmiar: 2868 bajtów

Bertawerke I KZ "Fünfteichen"

W styczniu 1942 roku na obszarze pomiędzy Jelczem a Miłoszycami (dawne dobra "Konarske") bez specjalnego zezwolenia nie można było poruszać się. Potem, bliżej Miłoszyc, zaczęto pola ogradzać kolczastym drutem, a od stacji kolejowej we wsi ciągnąć w jego kierunku boczną linię torów. Wkrótce miejscowa ludność wiedziała już, że do Arbeitslager Fünfteichen, stanowiącego filię KZ Gross-Rosen, zbliżać się pod karą śmierci nie można.

Dnia 8 sierpnia 1942 roku, na konferencji w kwaterze Hitlera pod Kętrzynem, Alfred Krupp von Bohlen und Halbach uzyska zgodę Fuhrera na wzniesienie nowych zakładów zbrojeniowych - właśnie trzy kilometry od Miłoszyc-Fünfteichen, a pół kilometra od jelczańskiego pałacu hrabiów von Saurma-Jeltsch. Kiedy na początku 1943 roku z rozkazu Führera firma Kruppa stała się wyłączną własnością tej rodziny, kiedy ojciec Alfreda Kruppa, Gustaw, zaangażował w fabrykę dodatkowe 120 milionów marek (kapitał zakładowy wynosił 100 min), prace ruszyły: na cześć pani Berty Krupp zakłady nazwano Bertawerke. Zwiezieni z Auschwitz Żydzi, a z Gross-Rosen Polacy i Czesi, skoszarowani w KZ Fünfteichen, wznosili pod nadzorem inżynierów z Essen w szybkim tempie żelbetowe konstrukcje hal fabrycznych. 21 lipca 1943 roku Krupp przesłał Führerowi raport o stanie budowy zakładów: prosił o przyspieszenie dostaw świeżej partii więźniów. W Auschwitz i w Gross-Rosen SS-mani wyszukiwali najzdrowszych i najsilniejszych. Wszak rajdy lotnictwa aliantów na fabryki Kruppa w Essen były najistotniejszym argumentem za rozbudowaniem Bertawerke i przyspieszeniem rozwoju produkcji: ostateczna zaś stała się konieczność przyspieszonego przeniesienia urządzeń technicznych i materiałów z fabryk Kruppa na Ukrainie, zagrożonych, gdy ruszyła radziecka ofensywa.

W Arbeitslager Fünfteichen codziennie o godzinie 4.30 gong wyrywał ze snu 6 tysięcy niewolników. Gnali pospiesznie na apel, połykali wodnistą zupę, chwytali pajdę chleba, która miała wystarczyć na całodzienne wyżywienie.

I ruszali pod eskortą SS-manów ogrodzoną kolczastym drutem drogą do oddalonych o 50 minut drogi zakładów. Kto się opóźniał - zostawał i nikt go potem nie widział. Kierowany przez komendanta Stoppela (zmarł w Niemczech w 1964 r.) Arbeitslager Fünfteichen miał swoją komorę gazową.

W fabryce przybyli luzowali nocną zmianę i stawali do pracy - najczęściej była to robota wymagająca dużego wysiłku; lżejsze prace i bardziej precyzyjne wykonywali robotnicy dolnośląscy i ściągnięci z Essen. Miedzy tymi dwoma grupami mowy być nie mogło o jakichkolwiek kontaktach - pilnowali tego majstrzy, rekrutujący się spośród szczególnie zasłużonych i brutalnych aktywistów NSDAP, oraz rozstawieni pod ścianami SS-mani z odbezpieczonymi automatami.

Problemem naukowym pozostaje odpowiedź na pytanie: czy i jak obecność obozów koncentracyjnych, wykorzystywanie pracy więźniów w fabrykach - wpływała na świadomość, na kulturę polityczną Dolnoślązaków; czy odbierali oni ich kondycję jako demonstrację ostatecznego zwycięstwa niemczyzny, czy pomagała im wyzwolić się spod ciężarów więzi z polskimi korzeniami? Pytania te muszą na razie pozostać bez odpowiedzi.

W Bertawerke produkowano haubice 125, lufy dział okrętowych, wały korbowe do silników samolotowych i silniki czołgowe. Co godzinę jeden komplet artyleryjskiego sprzętu opuszczał fabrykę - ładowano go na platformy kolejowe i jechał na front29. Ale w 1944 roku, gdy produkcja osiągnęła szczyt możliwości zakładu, armaty nie miały już pomagać w zdobywaniu nowych ziem i nowych niewolników dla "narodu panów" - miały jedynie już tylko bronić tego, co pozostało. A z dnia na dzień stan posiadania "tysiącletniej Rzeszy" kurczył się.

Nie ułatwiało to wcale sytuacji więźniów - może tylko częściej któryś z dolnośląskich robotników podrzucał im cichcem kromkę chleba lub marchewkę. Za to rosła brutalność majstrów w czasie pracy i SS-manów w obozie 30. Coraz większe potrzeby produkcyjne wymagały coraz intensywniejszej eksploatacji niewolników. Coraz więcej ginęło ich w drodze do obozu lub czasie nocnego apelu - od uderzeń kolbą, kar wymierzanych gumowym wężem, z głodu, tyfusu. Coraz więcej niezdatnych do dalszej pracy posyłano do gazu. Prochy 8 tysięcy Polaków, Rosjan i Żydów kryje zbiorowa mogiła w Miłoszycach - KZ Fünfteichen. Z 6 tysięcy więźniów, których ewakuowano w niedzielę 21 stycznia 1945 roku do Gross-Rosen, Buchenwaldu i Mauthausen, przeżyło 200!

29 Szerzej m.in.: M. Manchester, The Arms of Krupp 1887-1966, London 1969, s. 491-579

30 Taki stosunek niemieckich robotników i nadzoru fabrycznego oraz chłopów do polskich robotników był nie tylko we wsiach byłego "klina polskiego" i w Bertawerke, ale także na całym Dolnym Śląsku. Por. T. Kulak, op. cit., s. 91-94; J. Bartosz, Ludzie ze znakiem "P" Wrocław 1969.

Kiedy 12 konnych zwiadowców 290 Gwardyjskiego Pułku Strzelców Armii Radzieckiej dotarło do obozu Fünfteichen 23 stycznia 1945 roku, znajdowało się w nim jedynie 50 chorych więźniów, dla których pożałowano kul sądząc, że na mrozie nie przeżyją bez pożywienia.

Rozmiar: 2868 bajtów

Niewielu mieszkańców Miłoszyc, Jelcza, Laskowic czy Ratowic udało się uniknąć exodusu na zachód przy dwudziestostopniowym mrozie - gdy front zbliżał się do Odry, hitlerowskie władze nakazały Dolnoślązakom uchodzić w głąb Niemiec: kto zostawał, był traktowany jako zdrajca lub szpieg. Niejeden padł wówczas od gestapowskiej kuli. Według danych niemieckich z 527 tyś. mieszkańców Wrocławia w styczniu 1945. w maju, po oblężeniu i ewakuacji pozostało 160 tyś. 31

Gdy skończyła się wojna, niektórzy z tych uciekinierów powrócili 32. W grudniu 1945 roku w ówczesnym województwie wrocławskim zweryfikowano 17 tyś. autochtonów jako Polaków. Ktoś, kto nie wie, co oni przeszli, zwłaszcza podczas "nocy i mgły" totalitarnego systemu hitlerowskiego, powie: tak mało? Ale ten, kto przynajmniej trochę zna historię tej ziemi, powie: to bardzo dużo! Przecież w tej machinie pracującej na rzecz modelowego wręcz układu, w którym obywatelstwo oznaczało narodowość; układu, który jak powiedziałby cybernetyk zmierzał do minimalizacji swej entropii, nie miał prawa ostać się żaden autonomiczny system wartości, żaden obcy sposób myślenia, wyznaczony przez inną niż niemiecka kulturę i historiografię, język i rację stanu. Doprawdy, trudno pojąć, jak to wszystko przetrwali ci wszyscy, którzy aż do wiosny 1945 roku zachowali skrzętnie ukrywaną polskość.

31 Dokumemation der Yertreibung der Deutschen ans Ost-Miilel-Europa, t. 1/1, Bonn 1953, s. 54.

32 Liczbę powracających Niemców na Dolny Śląsk B. Pasierb szacuje na 300 tyś., wg źródeł niemieckich - przeszło l min osób. Por.: B. Pasierb, Migracja ludności niemieckiej z Dolnego Śląska 1945-47, Wrocław 1969, s. 25; E. Wiskemann, Germans Easiern Neighbours, Problem Relating to the Oder-Neise Linie and the Czech Frontier Regions, London 1956, s. 97.


Do spisu treści


Napisz do mnie

Opracowanie i webmaster: J.Urbaniak
Ostatnia aktualizacja 14.08.2003r.